O co właściwie chodzi w sporze Rafała Brzoski z Metą?
O odpowiedzialność za reklamy, które wykorzystują cudzy wizerunek do oszustw finansowych. Od miesięcy w polskim internecie krążą fałszywe reklamy z wizerunkiem Rafała Brzoski, jego żony Omeny Mensah i innych znanych osób – rzekomo polecających nieistniejące platformy inwestycyjne. Prawnicy Brzoski zidentyfikowali ponad dwieście wariantów takich materiałów. Mimo interwencji Urzędu Ochrony Danych Osobowych, który już w sierpniu 2024 roku nakazał Mecie wstrzymanie tych reklam w Polsce, i mimo wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie z kwietnia 2026 roku, który odrzucił argument Mety, że jest jedynie „pasywnym hostem” treści reklamowych – kampanie nie ustały.
W efekcie minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski wystąpił do Komisji Europejskiej o nałożenie na Metę kary w wysokości 250 milionów euro za naruszenia unijnego aktu o usługach cyfrowych (DSA). Sam Brzoska poszedł dalej, proponując, by każda platforma płaciła karę w wysokości 150% przychodu z konkretnej oszukańczej kampanii – postulat, pod którym w ciągu tygodnia podpisało się ponad sto tysięcy osób.
Czym jest ScamWatch i dlaczego to ważne?
To narzędzie, które robi za Metę to, co Meta twierdziła, że jest technicznie trudne. Pod koniec sierpnia 2026 roku zespół Brzoski uruchomił ScamWatch – platformę zbudowaną we współpracy z twórcami polskiego modelu językowego Bielik. System analizuje zgłoszone reklamy pod kątem deepfake’ów, sprawdza infrastrukturę domen, do których prowadzą linki, i łączy w grupy reklamy pochodzące od tej samej siatki przestępczej. Zweryfikowany materiał trafia do platformy, a ScamWatch publicznie odlicza czas, jaki potrzebuje jej zespół, żeby oszustwo usunąć.
To dokładnie taki rodzaj przejrzystości, jaki powinien istnieć. Meta odpowiada, że w ubiegłym roku usunęła globalnie ponad 159 milionów fałszywych reklam, z czego 92% zanim ktokolwiek je zgłosił. ScamWatch nie neguje tej liczby – po prostu pokazuje, ile realnie trwa reakcja na konkretne, udokumentowane zgłoszenie. Twórcy narzędzia są przy tym uczciwi co do jego roli: to nie egzekutor, nie cenzor i nie sąd. To publiczna tablica wyników, która ma odebrać platformie argument „nie da się tego wykryć”.
Co ten spór mówi o moderacji w ogóle?
Że platforma reklamowa ma strukturalny powód, by z reakcją zwlekać. Reklamy oszukańcze, tak jak toksyczne komentarze, generują coś, co platformy monetyzują – uwagę. Pisaliśmy już o tym w kontekście hejtu: eksperyment terenowy, w którym automatycznie ukrywano toksyczne treści na Facebooku, Twitterze/X i YouTube, pokazał, że gdy ludzie widzieli mniej toksyczności, spędzali mniej czasu na danej platformie i widzieli mniej jej reklam – nawet jeśli część tej uwagi po prostu przenosiła się gdzie indziej w sieci – opisaliśmy to szerzej tutaj. Spór Brzoski to ten sam mechanizm w większej skali i z wyższymi stawkami: fałszywa reklama inwestycyjna z twarzą znanej osoby generuje kliknięcia dokładnie tak samo, jak wulgarny komentarz generuje odpowiedzi.
Nie chodzi o to, że komukolwiek w Mecie zależy, żeby ludzie tracili oszczędności albo czytali wyzwiska. Chodzi o to, że model biznesowy oparty na reklamach i zaangażowaniu nie ma wbudowanej motywacji, żeby te sprawy załatwiać szybciej, niż musi. Skala i determinacja jednego z najbogatszych Polaków wystarczyły, żeby wymusić sądowy precedens i śledztwo UODO. To pokazuje, jak wysoko trzeba postawić poprzeczkę, żeby platforma w ogóle zareagowała.
Dlaczego hejt w komentarzach to ta sama historia bez nagłówków?
Bo różni się skalą ofiary, nie mechanizmem. Oszustwa z deepfake’ami są drogie w produkcji i celują wyłącznie w ludzi o rozpoznawalnej twarzy – miliarderów, polityków, celebrytów. To sprawia, że sprawa trafia na pierwsze strony gazet, ma nazwisko, ma kancelarię prawną i ma szansę wywalczyć precedens.
Hejt w sekcji komentarzy nie kosztuje nic i nie wybiera celu według rozpoznawalności. Dotyka administratora strony lokalnego schroniska, wolontariusza fundacji, dziennikarza niezależnego medium, właściciela małej firmy – każdego, kto ma odwagę prowadzić publiczną rozmowę. Pisaliśmy już, jak realnie niszczy to wizerunek marek i organizacji NGO, które nie mają zasobów, żeby czekać na sądowy precedens ani zatrudnić kancelarię do renegocjacji zasad z Metą. Ten problem jest w pełni zdemokratyzowany – i właśnie dlatego nikt o nim nie pisze w mediach ogólnopolskich.
Czy zgłaszanie treści platformie w ogóle działa?
Zależy, ile masz cierpliwości i zasobów. Jeśli miliarder z zespołem prawników, wsparciem instytucji państwowych i publicznym narzędziem audytowym potrzebuje miesięcy, żeby wymusić reakcję na konkretne, udokumentowane zgłoszenia, to trudno oczekiwać, że przycisk „zgłoś” pod pojedynczym komentarzem zadziała szybciej dla kogokolwiek innego.
To nie znaczy, że zgłaszanie nie ma sensu – ma, zwłaszcza przy jednoznacznych naruszeniach. Ale ręczna moderacja – czy to w formie zgłoszenia do platformy, czy ręcznego przeglądu komentarzy przez zespół – ma jedną wspólną wadę: zależy od tego, żeby ktoś inny, w innym miejscu, znalazł czas. Kanał zgłoszeń nie jest zaprojektowany pod skalę i tempo pojedynczej strony. Jest zaprojektowany pod skalę Mety.
Jak w tym pomaga ZenFeed?
Zbudowaliśmy ZenFeed dokładnie z tego powodu – bo czekanie, aż ktoś inny zareaguje, nie jest strategią, na której można oprzeć prowadzenie strony. System analizuje każdy nowy komentarz pod kątem kontekstu, a nie listy zakazanych słów, i w ok. 3 sekundy usuwa albo ukrywa te, które przekraczają ustalony przez Ciebie próg czułości – zanim zdąży je zobaczyć ktokolwiek inny. Dane są przetwarzane wyłącznie na serwerach w UE.
Zarejestrowane NGO i niezależne redakcje mogą korzystać z pełnego zakresu funkcji ZenFeed bezpłatnie w ramach programu dla organizacji non-profit. Szczegóły cennika i limitów znajdziesz na stronie cennika.
Niezależnie od tego, jak zakończy się batalia Rafała Brzoski o odpowiedzialność Mety za reklamy, higiena sekcji komentarzy pozostanie w rękach tych, którzy je prowadzą. To dlatego uważamy, że spokojny dyskurs publiczny to prawo, a nie przywilej, o który trzeba walczyć w sądzie.